niedziela, 1 października 2017

II. Fotografia


(c) Google Grafic



„Fotografia to sztuka obserwacji. Chodzi o znalezienie czegoś interesującego, w zwykłym miejscu… Ma niewiele wspólnego z tym co widzimy, raczej z tym jak to widzimy".- Elliott Erwitt

 
Siedziałam w biurze detektywistycznym „Lupa” , w którym pracowałam od dwóch lat. Moim przełożonym był, w podeszłym już wieku, pan Marian Brożek. Nieoceniony człowiek, dobry przełożony, który został moim autorytetem.

Detektywa Brożka poznałam, gdy uczęszczałam na zajęcia historii kryminalistyki. W liceum ogólnokształcącym nie przepadałam za historią, głównie przez te wszystkie daty. Ale te wykłady to coś zupełnie innego.

Raz prowadził nam zajęcia w zastępstwie za innego wykładowcę. Opowiadał o jednej z metod identyfikacji śladów, a ja zbytnio nie uważałam, każdemu może się zdarzyć, że myśli o niebieskich migdałach. Powiedział mi parę nieprzyjemnych zdań, zarzucił brak szacunku oraz poinformował, że powinnam bardziej przyłożyć się do przyszłego zawodu. Poczułam się w tamtej sytuacji źle i za wszelką cenę chciałam udowodnić właśnie panu Brożkowi, że to nie prawda, co mi powiedział! Zbierałam materiały, pisałam sprawozdania z różnych śledztw, chodziłam do mojego opiekuna z każdą sprawą, przy której potrzebowałam pomocy. Co się później okazało, detektyw Brożek dowiedział się o mojej ciężkiej pracy od jednego z wykładowców. Postanowił mnie zatrudnić i nie wiem, czy nie popełnił błędu, ponieważ do tej pory biegam do niego czasami z różnymi sprawami.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam biuro, nie mogłam oderwać od niego oczu, no bo jak można nie zakochać się w pięknym mieszkaniu z połowy dwudziestego wieku? Poczułam, że to miejsce dla mnie.

Moje biurko stało w pokoju razem z biurkiem Antoniego i Joasi. Dobrze nam się razem pracowało zawsze, kiedy miałam jakiś problem, byli w stanie mi pomóc. Mieli w końcu większe doświadczenie, bo dłużej działali w tym fachu i często pytałam się ich o zdanie, jak mojego przełożonego, gdy nie byłam pewna.

Ale przejdźmy do rzeczy…

W kamienicy naprzeciwko mieściło się studnio fotograficzne i to tam rozpoczęło się moje zadanie. Po raz pierwszy miałam znaleźć mordercę. 

Ubrana w zielony, długi płaszcz, dzwony i kwiecisty kapelusz zapukałam do drzwi. Minęła chwila, zanim właściciel otworzył mi drzwi. Jan Michałowski – znany fotograf w całej dzielnicy – poprosił mojego szefa, a jego przyjaciela, o pomoc.

Ale tak naprawdę prokuratura, zleciła to zadanie. Morderstwa nie zdarzały się w naszej miejscowości często, więc biuro pana Brożka zostało wybrane do tej sprawy.

A pan Brożek wybrał akurat mnie. Czułam stres, podekscytowanie i ciekawość. Co kryła ta sprawa?

Studio było urządzone bardzo praktycznie; zauważyłam, że panował tam niesamowity porządek, co nie często jest spotykane w innych studiach fotograficznych. Wszystko poukładane, pudełko do pudełeczka. Pierwszym, co przyszło mi do głowy związane z tym miejscem, to że właściciel pracowni lubił mieć porządek. Moją teorię potwierdziło również jego zachowanie przy kawie w pomieszczeniu dla pracowników. Położyłam łyżeczkę na talerzyku, ale dwie krople kawy spadły na stół. Pan Jan szybko zabrał szmatkę i wytarł stoliczek.

— Może mi pan coś więcej opowiedzieć na temat zamordowanego? — Upiłam łyk kawy, uważnie obserwując twarz fotografa. 

— To był Patryk. Pracował tutaj trzy lata. Znaczy pracował… — Popatrzył na mnie smutno. — Był świetnym fotografem! Zaczął tu pracować, jak wrócił ze stażu za granicą. Miał dopiero dwadzieścia siedem lat, było przed nim całe życie! Oj, biedny Patryk! Traktowałem go jak syna! I nie mogę pogodzić się z jego startą i poprosiłem Mariusza o pomoc. 

Zauważyłam łzę, która spływała po twarzy właściciela zakładu. Odejście bliskiej osoby jest zawsze trudne, a co dopiero, jak nie było nawet możliwości się pożegnać. Bardzo współczułam takim ludziom. 

— Czy skarżył się panu ostatnio na jakieś nieprzyjemne sytuacje, czy też opowiadał o problemach? — Teraz każdy szczegół był ważny. Równie dobrze pan Patryk Michalec mógł mieć jakiegoś wroga, który miał motyw, by go zaatakować, albo był to niefortunny przypadek, że to właśnie on stał się ofiarą.

— Chyba raczej nie… — Na chwilę odpłynął myślami gdzieś daleko, drapiąc się po głowie — Tak! Opowiadał mi ostatnio, że pokłócił się ze swoim przyjacielem, ale on przebywa w Arizonie i nie był nigdy w Polsce, więc raczej nie ma takiej możliwości. 

— Wszystko może być możliwie, panie Janie — westchnęłam. — Zna może pan jego imię i nazwisko?

— Niestety nie, kochana. — Popatrzył na mnie smutno.

— Mhm…A w pracy? Miał jakieś nieprzyjemności? Klienci się na niego skarżyli? —Skrobałam w notatniku wszystkie informacje, które podał mi fotograf.

— Raczej się na niego nie skarżyli, poza jedną sytuacją. — Upił łyk kawy. — Jakieś dwa miesiące temu był tu taki mężczyzna. Zamówił sesję zdjęciową, ale taki był z niego szaleniec! Przyszedł do studia ubrany w maskę teatralną i stwierdził, by to Patryczek zrobił mu zdjęcia. Ale ani przez moment nie ściągnął maski. Gdy przyszedł po odbiór zdjęć, ja akurat zajmowałem się czymś innym i usłyszałem kłótnię panów. — Westchnął ciężko. — Nie znam dokładnie szczegółów, ale mój pracownik powiedział mi, że nie podobało mu się, jak fragment jego twarzy pozostał na zdjęciach i  zrobił awanturę. Nawet nie zapłacił za zdjęcia, a je zabrał. Zgłosiliśmy to na policję, ale nie udało się go złapać. 

— Tajemniczy mężczyzna w masce teatralnej? — Czyżby aktor? A może jakiś seryjny morderca, który postanowił w ukryciu? Dlaczego akurat maska teatralna? Może to jakiś artysta? Jeszcze wiele innych myśli przechodziło mi przez głowę.

— Dokładnie! I to jakiej! Chce pani zobaczyć? Mamy zdjęcia na komputerze jeszcze, ale wydrukowanych nie. — Odłożył filiżankę do zlewu.

— Poprosiłabym. — Wstałam i podałam mu pusty kubek —  I jeśli jest taka możliwość, to czy mogłabym wziąć te zdjęcia na pendrivie? 

— Oczywiście! Jeżeli to tylko jakoś pomoże pani. — Zaprosił mnie do pomieszczenia – małego centrum dowodzenia, gdzie znajdował się komputer. Pokazał mi zdjęcia zamaskowanego mężczyzny, które następnie przegrał na pendrive’a. 

— Dziękuję panu. Jak coś będę wiedzieć, to się odezwę. — Uścisnęłam rękę mężczyzny, uśmiechając się lekko. 

Opuściłam studio z jakimiś poszlakami. Przynajmniej już coś miałam, mogłam się czegoś chwycić. Pomyślałam, że powinnam spotkać się z policjantem, a może lepiej policjantką, wszak dużo lepiej pracowało mi się z kobietami.

****

Miła pani w recepcji powiedziała, że muszę kierować się do pokoju 204, gdzie znajduje się osoba, prowadząca śledztwo. Poprawiłam swój płaszczyk i zapukałam do drzwi.

 Otworzyła mi komisarz Przybysz, która udzieliła mi wyczerpującej odpowiedzi:

— Poszedł jeść, jak zwykle. 

Podziękowałam i odsunęłam się od drzwi, stając w ten sposób na środku korytarza.

Świetnie, pomyślałam. Zamiast pracować, obżera się, prostak! A sprawa zabójstwa to nie błahostka.

Myślałam, że bardziej nie mogę się zdenerwować. Ale na domiar złego pewien wysoki, przystojny blondyn wylał na mnie kawę w chwili, gdy szukałam w torebce kluczyków do samochodu. 

— Czy ty wiesz, co zrobiłeś?! — wrzasnęłam, czując gorąco. Poparzył mnie wrzącą kaw…Herbatą? 

— Ups…trzeba bardziej uważać, pani…? Mogę prosić o pani godność? Trzeba to odnotować, stanie na środku komisariatu i utrudnianie ruchu. Pięćdziesiąt złotych mandatu — wyszczerzył się do mnie. 

            Popatrzyłam na odznakę, gdzie przeczytałam jego imię i nazwisko.

 — Świetnie, fajtłapo. Od dziś będziemy razem pracować, a zaczniesz od zapłacenia mi za pralnię. — Mężczyzna od razu pobladł. Może nie będzie tak źle? Uśmiechnęłam się do niego.

                                                                       ****

Razem z policjantem – fajtłapą zaczęliśmy się rozglądać po mieszkaniu denata. Widziałam, że mężczyzna niechętnie przybył i cały czas powtarzał mi, że to miejsce było już zbadane dwa razy. Ale ja nie odpuściłam. Musiało tam być coś, co policja ostatnio przeoczyła. 

— Będę mówić do ciebie Kaśka, okey? Tak mi się podoba.

Powstrzymywałam się, by nie zrobić mu jakieś krzywdy. Ale już po paru godzinach miałam go dość. Co za człowiek, oby to była nasza ostatnia wspólna sprawa.

— A mi nie — warknęłam, oglądając dokumenty denata. 

— Jesteś wredna. I masz mandat do zapłacenia — zaśmiał się. 

Już miałam coś powiedzieć, gdy znalazłam teczkę, w której były różne wycinki z gazet, zdjęcia. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to nagłówek gazety „Zamaskowany bandyta”.

                                                                       ****

Miałam ochotę na dobrą małą czarną. Gdy byłam we Włoszech, zachwyciłam się wyrazistym smakiem tamtejszej kawy. Codziennie wstałam rano, aby spróbować tego niesamowitego, aromatycznego dzieła sztuki. Kawiarenki były pełne ludzi o każdej porze dnia. 

Z mojego pobytu we Włoszech zostało mi wiele wspomnień, jak i nawyków. Od tamtego czasu nigdy więcej nie piłam rozpuszczalnej kawy, była dla mnie mdła, bez smaku. Kupiłam sobie do domu kawiarkę, by móc robić sobie napar choć w jakimś stopniu podobny do tego z Włoch. 

Andrzej zaproponował, abyśmy usiedli w jednej z cukierni niedaleko studia fotograficznego. Zachwyciłam się nią, miała w sobie coś inspirującego. Ściany były pokryte czaro–białymi zdjęciami, a podłogę wyłożono ciemnymi panelami. Ladę ze słodkościami pokrywały białe kafelki.

Zamówiłam kawę i ciasto czekoladowe. Wybrałam miejsce w zaciszu, abyśmy spokojnie porozmawiali. Wyłożyłam na stolik gazetę, w której znajdowała się notka o zamaskowanym, zdjęcia ze studia oraz mój notatnik. 

Zanim kelner przyjął nasze zamówienie, starałam się jakoś poskładać to wszystko razem. Coś mi tutaj nie grało? O co chodziło z tymi zdjęciami?

— Wymyśliłaś coś? — zapytał Andrzej, jedząc swoją jagodziankę.

— Zabójca musiał być powiązany jakoś z tym fotografem— podsumowałam. 

— No, na pewno, ale sprawdziliśmy jego znajomych, nie miał ich za dużo — powiedział, jedząc.
— Nie mówi się z pełnymi ustami, to nie ładnie — prychnęłam

— Dobrze, mamo — wykrzywił się, odkładając drożdżówkę. 

Mamo? Rodzina. Właśnie, tu trzeba szukać. 

****

Dom rodzinny młodego fotografa znajdował się po drugiej stronie miasta, więc wybraliśmy się tam dopiero dzień po znalezieniu zdjęć w gazecie. 

Uparłam się, by pojechać moim samochodem, ponieważ nie chciałam ryzykować nieprzyjemnej sytuacji, jakby mama Patryka zobaczyła radiowóz, ale za to zostałam skazana na narzekanie Andrzeja.

— Tu w ogóle nie ma miejsca! Jak ty się tu mieścisz? — marudził. Zawsze mieściłam się w samochodzie, mimo tego, że to Fiat 126. Uwielbiałam to auto. Nigdy nie miałam problemu ze znalezieniem miejsca parkingowego, co było jednym wielkim plusem.

— Nie przesadzaj i patrz na mapę! Tutaj mam skręcić? — Zaczął mnie strasznie irytować. Nie wiem, czy jakaś inna osoba na świecie mnie kiedyś tak denerwowała…

— Tak i już jesteśmy na miejscu — mruknął, a gdy skręciliśmy, wskazał na dom.

Zaparkowałam bez problemu (jak zawsze) moim maluchem i udałam się wraz z kompanem do błękitnej posiadłości. 

Otworzyła nam niziutka kobieta ubrana cała na czarno. Popatrzyła na nas nieufnie, a z tego, co zauważyłam, długo nie mogła oderwać wzroku od Andrzeja. Chłopak opowiedział mi wcześniej, jak wyglądała wizyta w tym domu.

— Nazywam się Katarzyna Malinowska, możemy porozmawiać? Jestem detektywem, chciałabym dowiedzieć się coś więcej o pani synu. — Uśmiechnęłam się delikatnie, wyciągając rękę do kobiety.

— O Patryczku…no dobrze…

                                                           ****

Pani Michalec okazała się bardzo miłą osobą. Poczęstowała nas kawą i kawałkiem jakiegoś ciasta. Na początku opowiedziała nam o podstawowych informacjach, a potem wspomniała o czymś ważniejszym. 

— Czyli pani syn przyjaźnił się z Mateuszem Woźniakiem i razem przygotowywali wystawy w galerii Matejki? — zapytałam, cały czas notując.

— Tak, przyjaźnili się. Nawet bardzo długo, bo nawet po liceum, bo w liceum się poznali, poszli na ten sam kierunek, tylko Mateusz zawalił studia. Profesorowie powiedzieli, że nie nadaje się do tego i żeby się nie męczył, na dodatek poznał jakąś panienkę i wyjechał. A Patryk został. Wiem, że mieli jakieś zatarczki, ale nie widziałam go ponad pięć lat…

— Czy Patryk wspominał, że kontaktują się? Piszą do siebie? — dopytałam.

— Mój synek, mówił, że pisali ze sobą, ale ucichło to wszystko szybko — westchnęła ciężko.

Pełni nowych wiadomości pożegnaliśmy się i wróciłam do mieszkania, by przeanalizować wszystko na spokojnie.

****

Następnego dnia zaskoczył mnie telefon pana Jana, ale pomyślałam, że dobrze byłoby się tam znowu pojawić. Wysłałam wiadomość mojemu współpracownikowi, by spotkać się przed studiem. 

— Wyglądasz bardzo ciekawie…— skomentował, gdy podeszłam do niego. — A poza tym cześć.

— Cześć. Uznam to za komplement — westchnęłam. 

Tego dnia ubrałam jedną ze swoich ulubionych stylizacji: czerwony żakiet, czerwone spodnie, bluzkę z wzorami zegarów, do tego czarne szpilki i torebkę w kształcie zegara.. Oj tak…uwielbiałam zegarki, tak jak sowy.

— Jasne, wiesz która godzina? — zakpił ze mnie Andrzej. 

Posłałam mu nienawistne spojrzenie, ale postanowiłam zignorować to pytanie, mieliśmy ważniejsze sprawy. — Chodź i już nic nie mów. — Zapukałam do studia. 

Pan Jan otworzył mi od razu, widocznie nie mógł doczekać się mojej wizyty.

 — Znalazłem coś. To było w zamówieniach. — Podał mi kopertę przeznaczoną do zdjęć.

W środku opakowania znajdowały się fotografie. Nie ukryłam nawet swojego zdziwienia, gdy je zobaczyłam, policjant również popatrzył się z niedowierzaniem.

— Ale mówił pan, że te zdjęcia ukradziono?! Jak to się stało, że dalej tu są? — zapytałam.

— Widocznie to nie te zdjęcia ukradł. Tylko dlaczego ktoś miałby je schować z innymi zamówieniami? — odpowiedział właściciel.

— Patryk, ponieważ widocznie go znał. Pamiętasz, Andrzej, jak matka zmarłego mówiła o jego przyjaźni z Mateuszem i jego kolekcji? — popatrzyłam na wspólnika.

— Pamiętam, ale nie ma żadnego związku— odparł.

— Dziękuję, panie Janie, to bardzo pomoże. Może ma, trzeba to sprawdzić!

— Cieszę się, że pomogłem. —Uśmiechnął się. — Informuj mnie na bieżąco, dobrze?

— Oczywiście, ale teraz musimy lecieć. Do zobaczenia. — Wyszłam ze studia, analizując wszystko jeszcze raz.

Zapaliłam papierosa przed kamienicą, razem z Andrzejem. Papierosy nie są zdrowe, nie polecam nikomu ich palenia, ale jak każdy miałam swoje uzależnienie. Jestem na siebie zła, że akurat wpadłam w to. Próbowałam plastrów przeciwnikotynowych, a nawet tabletek, ale dalej nie mogłam rzucić tego świństwa.

— Musimy go znaleźć — przerwałam ciszę.

— Tego Mateusza? Słyszałaś, co mówiła matka tego zamordowanego, wyjechał. Interpol ma go szukać? — prychnął.

— Ale to może być trop! Ja czuję, że to był on. Pomyśl! Z tego, co pamiętam, to oni się przyjaźnili, a tamten znalazł sobie dziewczynę i wyjechał. Patryk tu został. Pracował u najlepszego fotografa w mieście. Mateusz wrócił i był zazdrosny. To musi być to! — uśmiechnęłam się. 

— Nie masz pewności. — Popatrzył się na mnie.

— Pójdźmy do galerii sztuki. Tam, gdzie przychodzili chłopcy. Może tam się czegoś dowiemy. — Musiałam znaleźć dowody, by mi uwierzył.

— Przegonisz mnie, wiesz? Ale dobra. — Ruszyliśmy w stronę ulubionego miejsca przyjaciół z dwudziestego ósmego liceum.

Niestety, gdy doszliśmy do słynnej galerii Matejki, okazała się ona zamknięta. Na szczęście zauważyliśmy plakat dotyczący wystawy niesamowitego młodego Woźniaka. 

— Chyba to mamy, Kaśka. — Uśmiechnął się do mnie Andrzej. A ja podziękowałam w duchu, że nie musimy szukać nie wiadomo gdzie rodziny Mateusza. 

****

— Dlaczego musiałem ubrać się w garnitur na jakaś głupią wystawę, Kaśka? — Andrzej z niezadowoleniem poprawił kołnierzyk koszuli.
— Ponieważ idziemy do galerii sztuki na wernisaż, a nie do baru na piwo. — Ostatnią cześć zdania podkreśliłam.

— Wolałbym to piwo, ale jak mus to mus. — Przeciągnął się i podał mi dłoń. — Już czas. 

Niechętnie złapałam go za rękę i weszliśmy do galerii. Miałam na sobie niebieską sukienkę do kostek w żółte kwiatki, żółtą marynarkę, a włosy upięłam w kok.

Rozejrzałam się po galerii. Wszystko było już przygotowane na wernisaż, cały rząd krzeseł, na ścianach wywieszone prace. Wystawa nosiła tytuł: „Maska” autorstwa Mateusza Woźniaka, nieznanego młodego fanatyka antycznego teatru, absolwenta akademii sztuki w Londynie.

Zajęliśmy miejsca w trzecim rzędzie, by jednocześnie nie być zauważonym, ale widzieć wszystko dokładnie, niestety przed Andrzejem usiadł jakiś wysoki mężczyzna i wówczas ja widziałam więcej, co oznaczało, że musiałam być bardzo uważna. 

Sala zapełniła się w całości, niektórzy nawet nie mieli miejsc siedzących.

— Proszę państwa! — zaczął prowadzący. — Proszę państwa…mamy nadzieję, że  prace się państwu spodobają. Wiele to trwało, zanim udało nam się przygotować tą wystawę — westchnął.— Autorem wystawy jest Mateusz Woźniak, który wysyłał nam prace z Londynu, trochę się ich uzbierało i postanowiliśmy zorganizować tą wystawę. Zależy nam, by młodzi mieli szanse na rozwój. Jak już państwo wiecie, wystawa nosi nazwę Maska, ponieważ nasz artysta uwielbia maski i nawet dzisiaj jest w niej. Możne już nie przedłużając, zapraszam do zapoznania się z wystawą. Dziękuję.— Ukłonił się i odsunął, a ludzie powoli zaczęli iść w stronę wystawy. 

                                                                       ****

— Panie Woźniak, może pan opowiedzieć nam coś o tym zdjęciu? — Wskazałam na zdjęcie znajdujące się na dużej płachcie z boku w galerii.

— Ta fotografia…wykonałem ją w naszym mieście— odparł.

— A w którym miejscu dokładnie? Chciałbym porównać to zdjęcie z oryginalnym miejscem — odparł Andrzej.

— Ee…Sam już nie pamiętam. 

— Jak może pan nie pamiętać? — podłapałam temat. Wysłałam wiadomość do policjantów, którzy czekali na sygnał.

— Coś mi pani sugeruje? Wie pani, w ilu miejscach ja byłem! Nie pamiętam jakiejś tam ulicy! — warknął, co zwróciło uwagę ludzi wokół. 

— Przepraszam, ale jak fotograf może nie znać miejsca w którym robił zdjęcia, jeśli chodzi o kolorystykę i elementy obrazu? — dopytała jakaś kobieta, która przysłuchała się rozmowie. 

— Nie każdy musi wszystko pamiętać! — wprawdzie nie widziałam jego twarzy, ale mowa ciała wskazywała wszystko na to, że się zdenerwował.

— Właśnie, pani ma rację. Co urzekło pana, że postanowił sfotografować ten widok?— zadałam kolejne pytanie.

— Zamknij się! — warknął.

— Może grzeczniej do kobiety— powiedział Andrzej, zauważywszy kątem oka znajome twarze policjantów. Ta akcja była już zaplanowana razem z prokuratorem. — Czy te prace nie zostały przypadkiem zrobione przez kogoś innego? Patryka Michalca na przykład?

                                                                       ****

Po przesłuchaniu Mateusza Woźniaka odwieziono do aresztu, gdzie czekał na proces. Ciągle w głowie przewijały mi się jego słowa:

”— To wszystko jego wina! Nie chciałem go zabić! Oszukał mnie! Był mi winny tamte zdjęcia. Żądał pieniędzy!”

— Kasia, kawa ci stygnie. — Moje rozmyślenia przerwała Marta, przyjaciółka od dzieciństwa. Miała takie pięknie ułożone życie, a teraz…Teraz muszę jej pomóc.


 ****
Rozdział betowała:Agrat bat Machlat

Witajcie!
Dziś przychodzę do was z już drugim rozdziałem, z którego jestem zadowolona oraz moja beta również. 
Jest dłuższy i takie rozdziały postaram się publikować. 
Pierwszy miesiąc liceum za mną, moje odczucia wyrażę w trzech słowach:  zmęczenie, zadowolenie, zmiany.
Dziękuję za komentarze pod ostatnim postem, naprawdę motywowały.
No to do zobaczenia za miesiąc!

Lydia Land of Grafic